Archives

Jubileusz 500-lecia

Odpust Świętej Trójcy

w 70. rocznicę powrotu franciszkanów do Gdańska

31 maja 2015, godz. 12.00 – uroczysta Suma Odpustowa

której będzie przewodniczył

o. Paulin Sotowski OFMConv.z klasztoru w Łodzi-Łagiewnikach

biblista, wykładowca, ekspert w dziedzinie duchowości kolbiańskiej, redaktor Pism św. Maksymiliana, długoletni redaktor naczelny polskiej edycji wydawanego

w Padwie Posłańca św. Antoniego

W czasie Eucharystii będziemy dziękowali Bogu za wszystkich Przyjaciół, Dobrodziejów i Wiernych

spotykających się na modlitwie w naszym kościele

oraz w intencji wszystkich wspierających renowację kościoła Świętej Trójcy  Czytaj dalej

Szopki Bożonarodzeniowe u Franciszkanów w Gdańsku

„- Trudno wyobrazić sobie franciszkański kościół bez szopki. Bo przecież to nasza stara zakonna tradycja. Zapoczątkował ją święty Franciszek w 1223 roku we włoskim Greccio, a Kościół Rzymskokatolicki zaadaptował ten bożonarodzeniowy zwyczaj – opowiada o. Tomasz Jank, gwardian gdańskiego klasztoru franciszkanów.” http://www.trojmiasto.pl/wiadomosci/Zywe-szopki-przy-trojmiejskich-kosciolach-n64899.html

Promocja albumu „Kaszubi w biblijnej krainie”

W niezwykłym i zachwycającym starodawnym wnętrzu prezbiterium kościoła Świętej Trójcy w Gdańsku odbyła się prezentacja albumu „Kaszubi w biblijnej krainie”. Wieczorem 30 maja 2012 r. (środa) o godz. 18.oo w dostojnych franciszkańskich murach o. Roman Zioła, Dyrektor Domu Pojednania i Spotkań im. św. Maksymiliana w Gdańsku, powitał zebranych, a więc przede wszystkim pielgrzymów. Prezentowany bowiem album stanowił niejako podsumowanie i zwieńczenie 12 lat pielgrzymowania do Ziemi Świętej z pięknej ziemi kaszubskiej. Następnie o. Roman powitał przybyłych gości: panią poseł Teresę Hoppe;  panią prof. dr hab. Jadwigę Zieniukową z Instytutu Slawistyki PAN i Instytutu Kaszubskiego w Gdańsku; pana Łukasza Grzędzickiego, Prezesa Zrzeszenia Kaszubskiego-Pomorskiego; o. Leszka Łuczkanina, Sekretarza Prowincji, delegata Ministra Prowincjalnego; redaktora Adama Chlebowicza, Dyrektora Radia Plus; o. Zbigniewa Swęd, Dyrektora Biura Pielgrzymkowego Patron Travel; pana Jana Malek, radnego z Pruszcza Gdańskiego; o. Doroteusza Jóźwika, proboszcza prawosławnej parafii św. Mikołaja Cudotwórcy; o. Piotra Pliszkę, Gwardiana gdańskiego klasztoru; o. Tomasza Janka, Rektora kościoła Świętej Trójcy., a także bohaterów spotkania, autorów albumu: ks. dziekana Mariana Miotka i pana Arkadiusza Golińskiego, Dyrektora do spraw Programowych DMK. Spotkanie prowadziła pani Lucyna Radzymińska, redaktor prezentowanego albumu.

Przed samym rozpoczęciem spotkania zebrani odmówili modlitwę Ojcze nasz po kaszubsku. Następnie „O albumie, idei, pielgrzymowaniu…” mówił Arkadiusz Goliński, a po nim ks. Marian Miotk wygłosił słowo na temat kaszubskiego kaznodziei. Wykład pani prof. Jadwigi Zieniukowej pt. „Język kaszubski w kaznodziejstwie i pielgrzymowaniu” był głównym punktem spotkania. O. Leszek Łuczkanin pięknie mówił o Kaszubach i o pielgrzymowaniu. Na zakończenie przemówień słowo wygłosił Łukasz Grzędzicki, który także wręczał gościom albumy.

Ważnym momentem spotkania było także wręczenie nagrody Funduszu Stypendialnego dla młodych dziennikarzy Marlenie Nadolskiej z Twojej Telewizji Morskiej. Nagrodę, wraz z Łukaszem Grzędzickim wręczała pani Ewa Górska, Przewodnicząca Kapituły Funduszu.

Ostatnim akordem spotkania był wspólny śpiew pieśni Kaszëbskô Królewô.

Spotkanie zakończyło się kolacją w Domu św. Maksymiliana.

za www.franciszkanie.gdansk.pl

 

Ruiri

Każdy człowiek dźwiga w sobie ideał krajobrazu,

w którym pragnie żyć i tworzyć.

Dobrze jest żyć w nieśmiertelnym kręgu

 franciszkańskich ludzi, kamieni, lasów i dzwonów (…)

 

R. Brandstaetter

„Krąg biblijny i franciszkański”

 

Ruiri

 

– Gdzie jest Jerzy? – pytają.

– Wyjechał do Polski na urlop – odpowiadam.

 

 

***

Oddycham ciężko, jak zmęczony walką żołnierz. Leżę na boku, w skotłowanej pościeli. Jest trzecia w nocy. Patrzę w ciemność. Zaciskam powieki, ale one nie chcą się zamknąć. Są otwarte, jak oczy rannej antylopy. Dwie świecące kule, w których drży pragnienie życia. I odbija się drapieżny, okrutny świat. Zraniła mnie strzała nieprzyjaciela. Głodne strachem źrenice pochłaniają mój pokój, a z nim ściany, sufit, biurko, komputer, okna, drzwi… Wszystko to oddala się ode mnie i powraca falami wirujących obrazów. Przedmioty zdają się żyć, jak im się podoba. Prowadzą jakieś nocne zabawy, osaczają niczym tłum napastników. Raz są daleko, jakbym patrzył przez odwróconą lornetkę, to znowu za blisko, jakby miały na mnie upaść i przygnieść mnie swoim kanciastym ciężarem.  Wypatruję zbirów każdej nocy. Czy nie mnie właśnie szukają? Pod żebrami czuję pulsujące serce. Wyrywa się jak przerażone zwierzę. Rana jest bardzo bolesna. Gdzieś głęboko, w środku, czuję piekący ból. Dotykam żeber. Szukam zatrutej strzały. Próbuję ją sobie wyrwać, ale grot siedzi głęboko. Wygląda na to, że na dobre utkwił między moimi żebrami. Przewracam się raz po raz pod moskitierą a jej gęste, siatkowe zawoje plączą mi ręce i nogi. Jestem w pułapce! Wpadłem w sidła ciemnej nocy. Przykrył mnie jej wielki cień. Strach włazi mi pod koszulę jak wilgoć pory deszczowej. Rodzę się w bólach. Wielki motyl, który chce już wyjść do światła. Więzi go jeszcze stara powłoka, trzyma w kleszczach jego pogniecione skrzydła. Gotowe przecież, by go podźwignąć. Lecz on nie ma jeszcze siły ich rozłożyć. Jeszcze nie wie jak je rozwinąć i poszybować wysoko.

Sen uwalnia mnie nagle z wnyków, przecina sidła strachu. Puszyste skrzydło nocy przykrywa mnie wreszcie. Zasypiam umęczony, jak po morderczym maratonie.

Śni mi się matka albo przychodzi do mnie naprawdę. Tego nie jestem pewien. Chcę, żeby przyszła. Żeby była tu ze mną. Jej sylwetka tuż przy mnie, na wyciągnięcie ręki. Siedzi przy moim boku pochylona nade mną. Na ramieniu ułożyła się wdzięcznie kitka, „koński ogon”. Mam ochotę pociągnąć ją, mieć pełne ręce jej włosów. Jak mały chłopiec sprawdzam na ile pozwoli mi matczyna miłość. Ciemne pasma wysunęły się z klamry, przykrywają trochę jasne czoło. Piękny, wąski, długi nos i niebieskie oczy… Jej twarz. Jestem do niej podobny. Wsparła brodę na ręku, wygląda jak mała dziewczynka. Jest mniejsza ode mnie. Mocno zbudowana, jak drzewo. Dotykam czule jej pleców. Dziwię się, że wciąż jest przy mnie. Tak bardzo blisko. Czyżby czas zatrzymał się w miejscu? Czy jej obecność przy mnie wciąż trwa? Nosiła mnie na rękach, syna, który wyrwał się jej i poszybował w niebo. Albo to ręce matki gdzieś zniknęły, odleciały. Dwa ptaki w odwiecznej wędrówce do ciepłych krajów… Moja matka, moja ukochana matka… O, jak bardzo mi ciebie brakuje mamusiu! Bądź tu przy mnie. Jesteś jak drzewo pochylone nade mną. Chronisz przed upałem, osłaniasz przed deszczem. Wciąż dajesz mi słodkie owoce swojej miłości.

– Mamusiu to ty? – szepczę. Mój głos jest pełen tęsknoty, zranione serce dzwonu dobiega gdzieś z oddali. Wędruję po pustym pokoju, wraca znowu do mnie.

– Mamusiu to ty? – pytam znowu. Słucham czy odpowie, czy usłyszę jej głos.

Wtedy zdarza się cud. Słyszę śpiew skowronka. Trel dokładnie ten sam. Tak bardzo znajomy. Pamiętam ten śpiew z mojego domu w Gozdowie. Hodowałem kanarki. Maleńkie ptaszki o głosie doniosłym, jakby wydobywał się z kunsztownego instrumentu. Ptaszek usiadł przy moim oknie i śpiewa. Nasłuchuję z bijącym sercem. Śpiew dokładnie ten sam. Najpierw przeciągłe dźwięki, potem zaraz kilka krótkich, delikatnych, które znowu przechodzą w długi, kunsztowny trel. Dopiero świt, słońce jeszcze nie wzeszło na dobre, a tutaj taki koncert!

– To ja synku, jestem przy tobie – słyszę gdzieś w głębi serca – jestem przy tobie kochanie, nie bój się.

***

„Ruiri. Wioska w plemieniu Meru na skraju lasu ciągnącego się od Góry Kenia i początku sawanny płożącej się w kierunku Samburu i północnej części kraju. Jest tu raczej „ciepło…” i sucho. Ludzie naprawdę mają ciężkie życie, ponieważ mała ilość deszczu nie daje im stabilności i pewności zbiorów kukurydzy i fasoli, które są głównymi produktami żywieniowymi w tym rejonie.

Nasza misja powstała 1984 roku, jako wotum wdzięczności za kanonizację św. Maksymiliana. Mamy tu parafie z 19 kaplicami dojazdowymi, rozrzuconymi nieraz w ciężko dostępnych miejscach. Powstał też dom rekolekcyjny, przychodnia z oddziałem położniczym, gdzie pomagają siostry Felicjanki. Mamy też dom formacyjny dla kandydatów pierwszego roku postulatu do Zakonu. Prowadzimy też kilka szkół.

Na terenie misji jest mnóstwo drzew – taka oaza wśród pól. Z dala widać ośnieżone szczyty Góry Kenia, oraz wzgórza Nyambene. Piękny krajobraz, gdzie można siedzieć i kontemplować całymi dniami.” – Robert Kozielski, misjonarz

Przekroczyłem równik i niczym podróżnik odnotowuję ten fakt. Z uśmiechem na twarzy jadę do Ruiri. Tym samym wyjeżdżam z mrocznego Nairobi. Od dnia napadu noce w Nairobi zwalały się na mnie jak kamienne urwiska. Ruiri to wioska w plemieniu Meru. Serce franciszkańskiej misji, jej źródło. Z tego źródła chcę pić. Nasycam się do bólu światłem, które rani oczy. Czuję się jak nocne zwierzątko, wyrzucone niespodziewanie na powierzchnię ziemi. Oszołomione słońcem, ciepłym powietrzem i bogactwem krajobrazu. Piękno może oślepiać. Uderzać w człowieka z wielką siłą. Czasem aż brakuje mi tchu. Patrzę na rozległy horyzont, rozciągnięty między ośnieżonymi szczytami góry Kenia i wzgórzami Nyambene. Na drzewa strzelające w niebo, przełamujące monotonię pól. Domy przysadziste, szerokie. Lśnią w słońcu ściany budynków, odbijają światło jak ogromne lustra. Widać w nich utrudzone, spracowane sylwetki ludzi na zawsze związanych z tym miejscem. Rysują na fasadach swoje twarze, dłonie i stopy, obciążone ramiona, pochylone plecy… splątany korowód niosących brzemiona. Poddaje im się. Jestem jednym z nich, dołączam do nich. Przenika mnie bolesne piękno, a moje wnętrze obsuwa się miękko, w głąb. Jak żyzna ziemia w której znowu sadzi się drzewa. Przybywa miejsca dla bijącego z radością serca. Grot zatrutej strzały zniknął gdzieś w tym krajobrazie. Może to dobry ogrodnik, sadząc drzewa, wyjął też oścień kłujący mnie dotkliwie. Przyjmuję z wdzięcznością wszystko. Pokrzepiam się widokiem, jakbym dostał najlepszy prezent. Siadam pod drzewem i patrzę na białe szczyty. Na tle przejrzystego nieba wyglądają niesamowicie, jak ośnieżone wieże w drżącym z gorąca powietrzu. Moja wiara wspina się wysoko po stromych zboczach. Wędruję znowu w górę. Niestrudzony taternik. Wciąż idę.

***

Powoli wrastam w krajobraz Ruiri, jestem jego częścią. Mam ochotę zapomnieć o wszystkich trudnych sprawach, wziąć upragniony urlop. Być tylko dla siebie i dla Boga. Wędrować po zielonych łąkach, czytać książki, kontemplować piękno gór. Po południu, kiedy słońce jest już niżej, siadam pod drzewem. Chcę odpocząć. Z książki jaką wziąłem, wysuwa się niespodziewanie zdjęcie Nathana z bliźniakami. Musiałem kiedyś je tam włożyć i zapomniałem o nim. To samotny ojciec z dwójką dzieci, którym staram się pomóc. Samuel i Monique mają sześć lat. Dziewczynka ma ciemno różową spódniczkę z tasiemką w niebieskie kwiatki. Trzyma błękitną torebkę. Biały kołnierzyk podkreśla hebanowy kolor skóry. Na czole ciasno splecione warkoczyki z białymi koralikami. Uśmiecha się pięknie. Jest uroczym dzieckiem. Obok jej brat, w niebieskiej bluzie i szarych spodenkach. W ręku książka pt.: „Alice walker”. Jest uśmiechnięty, wygląda bardzo wesoło. To wspaniałe dzieci – myślę. Jak matka może zostawić swoje dzieci? Opieram się o korę drzewa i zamykam oczy. Wędruję myślami do ostatniego spotkania.

– Co mam zrobić Robert? Jak sobie poradzę? – Nathan patrzy na mnie zza okularów, jego wzrok jest niemal błagalny. Spojrzenie samotnego ojca, którego zostawiła żona. Nie wiem, co mam mu powiedzieć. Zagryzam usta i postanawiam milczeć. Jednak po chwili wyrywa mi się coś o matce jego dzieci. Kobiecie, która zostawiła go z dwojgiem maluchów.

– Nie jest dobrze, kiedy dzieci płaczą, a matka nie chce ich ukoić… – mówię cicho. Jest mi przykro, że jest sam.

Podchodzę do figury Matki Bożej, która stoi na półce z książkami. Nathan kupił ją parę lat temu, żeby pokazać dzieciom Matkę.

***

Zabieram się za nowy obraz. To będzie Matka Boga, Maryja. Kiedy wchodzę do pracowni w Rumi jeszcze nikogo nie ma. Słońce jest już wysoko, dochodzi dziesiąta. Odkładam ciężką torbę, w której taszczę butelkę wody mineralnej, kabel od laptopa, książkę, aparat fotograficzny i masę innych rzeczy. Ramię prawie się urywa od nadmiaru klamotów. W drugiej ręce nieodłączny ostatnio laptop, potrzebny do pisania w razie natchnienia. Nigdy nie wiadomo, kiedy spadnie na człowieka. Jak nagłe rażenie piorunem. Trzeba wtedy od razu zapisać, bo z czasem wrażenie się ulatnia. Nauczyłam się nie lekceważyć wrażeń. Są jak namalowane szybko obrazy, pełne światła, pełne ekspresji. Kiedy podchodzę do sztalugi, na której leży obraz Roberta, wchodzi Jola i Mariusz. Najwspanialsze małżeństwo, jakie widziałam. Szczęśliwi, że są razem. Otwarci na siebie nawzajem, zgodni. Nawet kiedy się nie zgadzają, są przecież takie chwile, nikt z nas o tym nie wie. Jakby kłótnie nigdy nie istniały… Bajkowy świat udanego małżeństwa, który zawsze mnie zachwyca. Od chwili mojego rozstania z Maćkiem, świat dla mnie niedostępny. Pełen zagadek trudnych do rozwikłania. Kiedy widzę Jolę i Mariusza mam wrażenie, że nie ma nic prostszego niż żyć w małżeństwie.

 

– Co robisz dzisiaj? Misjonarz? – Jola patrzy na mnie spod okularów, rude włosy opadają wokół drobnej twarzy.

– Maluję Maryję. – odpowiadam i pokazuję zdjęcie niezwykłej figury, którą dostałam.

 

Niewielka, gipsowa Matka Boga odarta jest z farby, polichromii i jakichkolwiek ozdób. Bardzo zniszczona. Czas jej nie oszczędził. Z utrąconą dłonią i plamami na sukni. Wzruszająco biedna. Pięknie prawdziwa. Jak świat wokół mnie. Biedny, zniszczony i pełen cieni.

 

– Pani Bieda! – mówię.

– Dzisiaj Dzień Matki – przypomina Mariusz i uśmiecha się szeroko.

 

Biorę pędzle i farby, podobrazie. Zaczynam gruntować płótno. Na czarno. To jedyny kolor gruntu jaki mamy w pracowni. Białe skończyły się. Macham szybko pędzlem i po chwili całe płótno jest hebanowo czarne.

 

– To dopiero sztuka współczesna! – mówi Maria – czarny punkt na czarnym tle!

– Będę malować światłem – odpowiadam – biel wyskoczy z tej ciemności! Zobaczycie…

 

Okazuje się, że czarne tło jest niesamowitym podkładem, na którym biel oszałamia swoją czystością. Figura Maryi świeci niebiańsko w zderzeniu z brudem prozy życia. Być blisko ziemi, nie uciekać od tego, co zwykłe, codzienne… Nie udawać, że jest się lepszym. Każde pociągnięcie pędzla nasuwa nowe skojarzania. Biel wyłania się z ciemności, staje się drogowskazem, celem, wyborem…

Spoglądam jeszcze na portret misjonarza. Leży na podłodze, oparty o ścianę. Jego twarz promieniuje z daleka, pośród wielu obrazów w pracowni. Świeci z daleka uśmiechem. Chciałabym go zobaczyć. Jak wygląda naprawdę.

 

– Będzie trzeba zrobić trzeci portret Magda. – mówi Jola – Ten trzeci będzie najlepszy. Prawdziwy. Bez wyobrażeń, rzeczywisty.

 

Patrzę na nią jak sroka w gnat. I nic nie odpowiadam. Tak bardzo podoba mi się jej pomysł.

 

 

 

Magdalena Golon, maj 2012

 

Koncerty dla Gdańszczan – 27.05.12

Koncerty dla Gdańszczan 2012

 

Koncert V – 27.05.2012

Wystąpią:   Akademicki Chór Uniwersytetu Gdańskiego pod kierunkiem prof. Marcina Tomczaka

 

W programie: tradycyjne amerykańskie pieśni religijne – Negro Spirituals

 

We franciszkańskim kościele Świętej Trójcy w Gdańsku trwa realizacja projektu odbudowy wielkich barokowych organów Mertena Friese – projekt o wielkim znaczeniu dla kultury naszego regionu, Polski i Europy, w który mogą się włączyć wszyscy miłośnicy muzyki, historii i kultury Gdańska.

Stowarzyszenie „Dziedziniec” oraz Ojcowie Franciszkanie chcąc przybliżyć i umożliwić mieszkańcom Pomorza szersze zapoznanie się z możliwościami udziału w tym projekcie zapraszają na cykl koncertów w ostatnią niedzielę miesiąca na rzecz odbudowy organów – Koncerty dla Gdańszczan.

W kolejnym z tegorocznych koncertów usłyszymy Akademicki Chór Uniwersytetu Gdańskiego pod dyrekcją prof. Marcina Tomczaka w programie złożonym z opracowań tradycyjnych amerykańskich pieśni religijnych – Negro spirituals.

W trakcie koncertu dr hab. Andrzej Szadejko – koordynator projektu odbudowy organów w kościele Świętej Trójcy przedstawi drugą część historii tego instrumentu i projektu. Na zakończenie zostaną wręczone kolejne certyfikaty dla Patronów Piszczałek.

Zapraszamy w najbliższą niedzielę o godz. 15.30 do kościoła Świętej Trójcy w Gdańsku. Wstęp Wolny.

 

Organy we franciszkańskim kościele Św. Trójcy to ewenement architektoniczny na skalę europejską. Projekt zakłada odbudowę barokowego instrumentu przy użyciu technik organmistrzowskich i materiałów charakterystycznych dla siedemnasto- i osiemnastowiecznego Pomorza. Projekt można wesprzeć poprzez darowiznę lub deklarację bycia Patronem konkretnej piszczałki organowej.

www.organy.gda.pl        www.facebook.com/TrojcaSztuki

Informacji udziela Stowarzyszenie Przyjaciół Kościoła Św. Trójcy „Dziedziniec”
ul. Św. Trójcy 4
80-822 Gdańsk
tel. 728 376 237

http://www.dziedziniec.franciszkanie.pl

 

 

 

 

„Panie mój Boże, skłoń ucho na mój płacz…”

Ps 88

Lord my God (…)

O turn your ear to my cry…

Modlitwa misjonarza:

„Panie mój Boże,

 skłoń ucho na mój płacz…”

„Członkowie wypraw, uwieńczonych sukcesem –

jak choćby Roald Amundsen, ultrapragmatyczny Norweg,

który pokonał saniami osiemset trzydzieści mil do bieguna południowego,

 zabijając i zjadając ciągnące je psy według ścisłego grafiku,

 i wrócił do domu bez śladu odmrożeń, szkorbutu czy śnieżnej ślepoty,

 chociaż jednego z jego czterech towarzyszy istotnie rozbolał ząb

 – nie wydają mi się szczególnie interesujący.

W całym panteonie (…) nie znajdziesz

 bardziej romantycznej postaci od

sir Roberta (…)”

Fadiman „Ex libris”

 

Robert Wafso Robercik – „Proszę o modlitwę, bo w nocy mieliśmy nieproszonych gości. O trzeciej rano usłyszałem docinanie psów i nagle hałas kraty. Wyskoczyłem z łóżka, pobiegłem do biura, bo odgłos był z tamtej strony, tyle że na parterze. Patrzę ukradkiem przez okno, a na murze, dwa metry dalej stoi dwóch drabów. Więc szybko z powrotem do pokoju włączyć alarm, a on nie działa… Pukam do drzwi braci… cisza. Wziąłem więc telefon i wskoczyłem po szafie na poddasze. Próbuję zadzwonić, nie działa klawiatura. Przy wchodzeniu uszkodziłem telefon. Przyszło więc tylko czekać co nastąpi. Jeden z braci się obudził, bo stróż zorientował się, że coś się dzieje, i zadzwonił do niego, a ten od razu na policję. Przyjechali w ciągu 6 minut. Mogłem więc już spokojnie zejść. To już szósty raz, kiedy przeżywam napad w Kenii… Za dużo… Panie, pomóż, bo brakuje mi sił…*1

Glina jest mokra. Spływa z palców, kiedy próbuję nałożyć ją na konstrukcję. Myślę o Robercie. Wyrazisty nos Jana Pawła II wyrasta mi spod palców. Usta są uśmiechnięte. Nie lubię patetycznych pomników. Myślę o Robercie. Dłonie trzymają krzyż. Nie widać palców, bo bezwład materii nie daje się jeszcze formować. Jest bardzo miękka. Trzeba poczekać, aż woda wyparuje. Na szczęście glina trzyma się konstrukcji. Układam dłonie na pionowej belce krzyża. Ogólny zarys jest już widoczny. Patrzę na plakat Jana Pawła II. Myślę o Robercie. Serce mnie boli. Jakby je przebito. Krew cieknie po żebrach. Gęstymi kroplami spływa aż do stóp. Pan zawisł na krzyżu. Błogosławiony trzyma pastorał, a na nim, o!, jak bardzo umęczony Chrystus… Jego nogi, szczupłe, zwisają luźno. Martwe. Jego głowa opuszczona na piersi. Bez życia. Jego ręce rozciągnięte. Dwie struny na instrumencie krzyża. Bóg gra na Nim melodię życia. Myślę o Robercie. Robię w glinie dziury na oczy. Dokładam błota, żeby zaczęły się uśmiechać. Błogosławiony ma oczy ukryte w zmarszczkach. Potem tnę nożem tam, gdzie powinny być policzki. Ucinam z obu stron nadmiar gliny. Plastry spadają na betonową podłogę. Słychać plaśnięcie. Mokra glina pryska na moje spodnie. Jestem bardzo brudna. Grudy gliny pokryły mnie od czubka głowy do końca butów. Jestem brudna. Okulary zniknęły pod warstwą czarnego błota. Jestem cała w mokrej, czarnej ziemi zmieszanej z wodą. Jestem gliną w Jego rękach. On wkłada mi palce do oczu, pełne śliny*2 i mówi – „Przejrzyj!” Myślę o Robercie. Jezus dotyka moich powiek, układa na nich miękkie błoto i rozmazuje mi je po twarzy. „Przejrzyj!” Otwieram oczy. Przede mną Jan Paweł II uśmiecha się. Wreszcie nie jest patetycznie, wreszcie nie jest poważnie… „Przejrzyj!” Wtedy ja otwieram nie tylko oczy, ale i usta, gotowa przyjąć błoto zmieszane ze śliną. Grudę gliny, z której mnie ulepił. „Czy to nie jest ta, która siedzi i żebrze?*3”- pytają niektórzy i patrzą na mnie z pogardą. Jednak On podaje mi swoje ciało. Smakuje świeżym chlebem. Pachnie delikatnie, jak bibuła, z której robi się białe baranki. Myślę o Robercie. Rzeźbię wszystkie załamania na tkaninie. Szerokie poły rękawów rozchylają się jak drzwi katedry. Za chwilę wpadnę mu w ramiona. Oprę czoło na chłodnym pastorale, a sylwetka ukrzyżowanego odciśnie mi się na policzku. Obrazek namalowany na skórze dziecka. Chrystus z którego uszła cała krew. Robię z gliny małego Jezusa i wieszam na krzyżu. Przybijam jego maleńkie rączki i maleńkie stópki. Przebijam serce. Okaleczoną głowę pochylam aż do piersi. Słyszę ostanie tchnienie… Pomimo tej haniebnej śmierci, jaką Mu zadaję, to jednak Chrystus rzeźbi mnie. Wkłada mi palce do uszu, jak ja włożyłam przed chwilą palce do Jego ran, i mówi – „Otwórz się”. Dotyka śliną mojego języka*4 – „Otwórz się!” Biorę dwa kawałki gliny wielkości męskich uszu i umieszczam po bokach głowy. Odstają mocno, więc przycinam je szybko nożem. Ryję patykiem w glinie, żeby powstały małżowiny. Koliste chrząstki, niczym wyrzucone na brzeg muszle. Przygładzam palcem zbyt głębokie wyżłobienia. Wkładam jeszcze palce do uszu i robię w nich otwory. Myślę o Robercie.

***

Wieczorem jest chłodno, z powodu pory deszczowej. Błoto podpływa powoli pod mój dom. Jak przyjdą znowu, może utopią się w nim. Zapadną się w mazi po szyję, po czubek głowy… Nie widzą, nie słyszą, nie mówią jak zombi. Chodzą po nocy, wyciągają martwe ręce i przewracają białkami ślepych oczu. Kto może ich uzdrowić? Panie, pomóż im! Pomóż mi, pomóż nam! Gliniane posągi upadają twarzą przed Arką Pana.*5 Roztrzaskują się na kawały. Nogi osobno, głowy osobno, ręce osobno. Kto może je poskładać? Tchnąć w nie życie?

Mam ochotę przygotować sobie dobrą kolację. Wchodzę do kuchni i wyciągam z szafki paczkę suszonych grzybów z Polski. Ładnie pachną. Robię zupę grzybową. Powoli gotuję wywar, aż grzyby zupełnie zmiękną. W domu unosi się wspaniały zapach, niczym w Święta Bożego Narodzenia. Przypomina mi rodzinny dom. Myślę o Bogu. Biorę długą, drewnianą łyżkę i mieszam w brunatnej cieczy. Kapelusze grzybów kołują w garnku jak na szalonej karuzeli. Gorąca para unosi się wysoko, aż pod sufit. Prawie zapominam o ostatniej nocy. Nalewam sobie pełną miskę gorącej zupy i jem. Grzyby wślizgują mi się do ust, jak miękkie ślimaki. Między zębami wyczuwam włókna. Rozgryzam każdy dokładnie i przypominam sobie lasy, w których zbierałem grzyby.

Widzę, jak idziemy razem z ojcem. Szukamy brunatnych kapeluszy, bez blaszek. I żółtych kurek. Rdzawo-zielonych rydzów, gąsek i podgrzybków, borowików i koźlarzy. Ich nogi, w różnych odcieniach brązu, są wykrzywione albo proste. Zaokrąglone albo ścięte nożem. Nasze kosze wypełniają się powoli. Mój zwykle wypełnia się szybciej, bo ojciec pierwsze znalezione grzyby wrzuca mi do koszyka. To jest nasza tajemnica. W domu mama wita nas wołając:

– Kto pierwszy nazbierał cały koszyk?

Wtedy ja odpowiadam:

– Ja mamo!

Tata mruga do mnie, uśmiechając się szeroko. Mama bierze koszyki i niesie do kuchni. Czyści grzyby, płucze je, kroi…

Lubię patrzeć na ręce mojej matki. Przyglądać się jak niestrudzenie maszerują przez kilometry ustawionych w szeregu grzybów. Zdejmują z nich fragmenty lasu – mech, igliwie, liście, piasek, małe ślimaki, zagubione mrówki… Spod brunatnej skóry wyłania się jasny, zdrowy miąższ kapelusza. Maślaki lądują w białej, ceramicznej misce. Jest ich coraz więcej i więcej. Ręce mamy są niestrudzone, jak nogi maratończyka. Wciąż w ruchu…

Chociaż czasem podnosi głowę, spogląda na mnie wesoło i pyta:

– Chcesz mi pomóc? Czy chłopcy raczej nie pomagają w kuchni, hm? – jej głos jest pełen miłości, aż mam ochotę wtulić się w jej dłonie.

– Mamo, chcę tylko patrzeć na ciebie. Lubię patrzeć na ciebie, mamusiu.

Jej kasztanowe włosy są spięte. Jeden kosmyk wysunął się i opada na twarz. Próbuje go odgarnąć wierzchem ubrudzonej od grzybów dłoni. Wtedy mówię:

– Ja to zrobię, mamo!

Ona siada na krześle, żeby było łatwiej dosięgnąć. Łapię niesforny kosmyk i wsuwam pod resztę włosów.

Matka patrzy na mnie rozbawiona:

– Dziękuję kochanie, teraz będzie lepiej!

Kiedy wstaje, żeby wrócić do czyszczenia grzybów, kosmyk wysuwa się znowu i łaskocze ją w nos. Ona dmucha na niego zabawnie. Wtedy śmiejemy się razem bardzo głośno. Tata wchodzi do kuchni. Jest ciekawy, co nas tak rozbawiło.

– Co tam znaleźliście w koszyku? Pewnie w grzybach schował się jeż, albo jakieś leśne stworzenie…

– Tak tato. Znaleźliśmy jeża. – znowu śmiech. Tym razem także basowy głos ojca rozbrzmiewa w całym domu.

Kiedy kładę się spać, moi bracia jeszcze nie śpią. Biegają po domu i mama musi ich uciszać.

– Nie hałasujcie tak. Robert już zasypia! – słyszę jak strofuje ich łagodnie.

Otulam się kołdrą i zamykam oczy. Czuję zapach zupy grzybowej. Dochodzi aż do mojego pokoju. Zasypiam mocno, w objęciach nocy.

 

***

Zjadłem całą zupę i od razu czuję się lepiej. Rozgrzany jestem od środka. Ciepło rozchodzi się po ciele i wprawia mnie w dobry nastrój. Czasem jeszcze ponure wspomnienie wraca. Tych, którzy przyszli w nocy. I mojej dzikiej gonitwy w poszukiwaniu jakiejś żywej duszy. Pukam do drzwi braci… cisza… „Czuwajcie więc, bo nie wiecie, kiedy pan domu przyjdzie: z wieczora czy o północy, czy o pianiu kogutów, czy rankiem. By niespodzianie przyszedłszy, nie zastał was śpiących. Lecz co wam mówię, mówię wszystkim: Czuwajcie!” *6        Idę do kaplicy na adorację. Widzę braci, którzy tym razem nie śpią. Chociaż tego tak naprawdę nie wiadomo. Zdarza się, że ktoś śpi z otwartymi oczami, albo czuwa z zamkniętymi… Siadam obok nich i klękam przed Najświętszym Sakramentem. Mówię w sercu, nie wypowiadając słów: -„Boże, ta noc była dla mnie koszmarem. Miażdży mnie nieprzyjaciel, niszczy mnie nienawiść brata, dotyka mnie obojętność przyjaciół… Co mi odpowiesz na moją skargę? Czy długo jeszcze będziesz stał z boku, patrzył bezczynnie na moje cierpienie?”*7 Czekam na odpowiedź jak na nagłe trzęsienie ziemi. Tym razem przychodzi do mnie w słowach. Ciszę kaplicy przerywa nagle jeden z braci. Odwraca się do mnie i mówi:

– Robert, przepraszam. Nie otworzyłem drzwi, bo bałem się, że mnie zabiją. Udawałem, że śpię. Proszę, wybacz mi! – patrzę na niego i na monstrancję jednocześnie.

Jakbym miał teraz dwie pary oczu. Akurat siedzi dokładnie przede mną, a ja siedzę dokładnie przed Najświętszym Sakramentem. Jednym okiem ogarniam śpiącego braciszka, a drugim Miłosiernego Boga. Wybaczam bez mrugnięcia. Zrozumiał. Wrócił do modlitwy. Mnie robi się trochę lżej na sercu. Nie czuję się już taki samotny, tak bardzo przygnębiony. Przypominam sobie, jak biegałem gorączkowo od drzwi do drzwi, wołając o pomoc. Pies ujadał głośno, nieboszczyk by zmartwychwstał, co dopiero żywy! Lecz czy to wiadomo, kto żywy, a kto już trup? Patrzę na monstrancję*8, w której jest Jego Żywe Ciało. Przed Nim klęczę, Jego adoruję. Dziękuję Bogu, że ulepił mnie z błota. Wyrzeźbił z gliny tej ziemi. Tchnął życie w moje nozdrza. Teraz muszę wypełnić je sobą, ponieważ On chce właśnie mnie. Mnie, nie kogoś innego. Jest tylko jeden Robert Wafso Robercik! Nikt nie może mnie zastąpić w byciu Robertem. Jedno wiem na pewno. Pragnę żyć! Tego właśnie chcę. Żyć każdego dnia i cieszyć się darem istnienia. Cieszyć się sobą. „Enjoy yourself” – duże, kolorowe litery oznajmiają całemu światu – „enjoy yourself”. Slogan u znajomego na Facebooku, trafiony w dziesiątkę. Myślę o tym. Myślę o Bogu. Prosty zwrot, a zapada w pamięć. Trudno go przetłumaczyć na Polski. Słowo „enjoy” zawiera w sobie wiele radosnych treści. Tak wiele, że polskie „cieszyć się” to za mało. Akceptować siebie, lubić siebie, miłować siebie… Otoczyć siebie własnymi ramionami. Poczuć, że cały jestem dziełem Boga.

 

***

Następny portret jest współczesny. Mam krótkie włosy i uśmiecham się. Wreszcie! Po ostatnich zdarzeniach nie jest łatwo. Patrzę na zdjęcie obrazu, które dostałem dzisiaj. Po prawej stronie ja. Mam marynarkę w oliwkowym kolorze, czarny T- Shirt z białym napisem. Za mną widać sylwetki małych domów i drogę prowadzącą w górę. To Asyż. Kamienice na obrazie są zaledwie zaznaczone. Przy malowaniu korzysta ze zdjęcia, które jej wysłałem. Piszę taki oto komentarz:

– Oczywiście chodzi o Asyż, nie o mnie. Droga w górę… To zdjęcie z lat 90tych… hehehehe… nie maluj mnie takiego!

Ona odpowiada:

– Przypominam, że chodzi o ciebie. Bez ciebie Franciszku, nie ten Asyż…

Cieszę się, że to powiedziała. Stoję na zalanej słońcem ulicy, w jasnej koszulce polo i jasnych spodniach. Mam najwyżej 16 lat. Napisała, że na zdjęciu wyglądam niewinnie, jak dziecko. Rzeczywiście, widzę chłopca. Jeszcze nie wie, co go czeka. Mimo to przeczuwa zmiany, jakie wkrótce nadejdą. Ten chłopiec pierwszy raz słyszy głos powołania w Asyżu. Dobiega z daleka, jakby zza grubych murów kościoła. Ledwie go słychać, ale on cały czas jest i szepcze. „To ty Robercie… Ciebie wybrałem, ciebie powołałem.”

Chodziłem z tym głosem, szukając w sobie odpowiedzi. Doszedłem bardzo daleko, aż do zakonu. Głos jednak wciąż wołał. Jakbym jeszcze nie odpowiedział w pełni. I wreszcie, pewnego dnia, stało się! Byłem wtedy w Gdyni. Przyszedł czas przenosin*9.

Ojciec M. zapytał:

– Gdzie chciałbyś być? W Koszalinie?

Odpowiedziałem:

– W Kenii!

Niecałe pół roku później leciałem do Afryki. Z jedną walizką. Pełen wiary i ufności. Postanowiłem, że nie będę się do niczego zmuszać. Będę w Afryce dopóki mogę i chcę tam być. Dziesięć lat niezwykłych, wspaniałych przeżyć. Wiele też przeżyć strasznych, tragicznych, o których trudno mówić. Zaatakowano mnie sześć razy. Napastnicy są bardzo brutalni. Trudno odczytać ich motywy. Czy robią to z powodów religijnych, rabunkowych, czy innych – nie wiem.

Jestem misjonarzem. To słowo pełne jest skojarzeń. Nie zawsze trafionych. Nie zmieniam poglądów ludzi, z którymi żyję. Jestem z nimi. Daję im to, co mam najlepszego. Siebie, którego powołał Bóg. Moją pracę i troskę. Ludzie pytają mnie czasem:

– Czy nie po to pojechałeś, żeby narażać życie? Żeby je ofiarować?

Jakże prostej odpowiedzi oczekują! To nie tak, myślę z całą odpowiedzialnością, tragiczne sytuacje to także śmiertelnie trudne odpowiedzi. Człowiek przecież cały złożony jest z myśli i uczuć, których nie wolno lekceważyć. Ten człowiek może zadecydować o swoim życiu. Może je rozpocząć na nowo. Cokolwiek to znaczy, znaczy bardzo wiele!

 

***

 

Jestem w pracowni w Rumi. Mam zajęcia z grupą malarzy. Rozpoczęli właśnie swoje kompozycje. Dzisiaj ja też zaczynam malować nowy obraz. Patrzę na kolorowe tubki farb. Na bazie naturalnego oleju (olej lniany), medium, żywicy, wosku i pigmentu. Na drewnianej ramie czeka mocno napięte płótno. Zanim zacznę malować, sprawdzam jeszcze raz. Uderzam dłonią w napięty materiał, czy odpowie dźwiękiem. Odpowiedział. Włókna lnu są dobrze nasączone klejem kostnym i grubo zagruntowane. Po takich zabiegach płótno staje się twarde, jak deska pod ikonę. Szukam twarzy. Mam zdjęcia, które trzeba wykadrować. Przybliżyć pewne motywy. Ta twarz pełna jest trudnych wyborów. One mnie zachwycają. Nieustanna wędrówka w górę i w dół. Żeby wejść na górę, trzeba zejść w dół. Potem wchodzić i schodzić. Wchodzić i schodzić.

Sztaluga zrobiona jest z drewna bukowego. Można położyć podobrazie na dogodnej wysokości. Wyciskam farby na gruby karton. Wybieram pędzle. Szerokie i wąskie, cienkie i grube, płaskie i okrągłe. Z naturalnego włosia i ze sztucznego. Miękkie i twarde. Wlewam terpentynę do słoika i mieszam z olejem w proporcjach pół na pół. Wyjątkowo dzisiaj. Chcę żeby obraz był tłusty od oleju. Pełen blików i półodcieni. Żeby kolory migotały, jak światła na lustrze wody.

Gdzie on jest? Patrzę na oczy, ciemne jak węgle. Na usta raz poważne, raz wesołe. Włosy czarne, może ciemnobrązowe. Obcięte prawie krótko. Przykrywają nieco czoło i kark. Nos raczej wąski. Wyrazista broda z krótkim zarostem. Nad ustami zarost. Ostre igły blisko ust, rozsiane gęsto. Trudno je malować. Za dużo ich albo za mało, nie mogę ich uchwycić długi czas. Policzki w uśmiechu, bardziej wypukłe niż zwykle. Na nich światło i blade rumieńce. Szyja mocna, w kolorze czerwonego brązu. Spalona afrykańskim słońcem. Ten kolor daje dużo wyrazistości. Jest żywy, jak pulsująca pod skórą krew. Zdaje mi się, że wciąż za mało jej na obrazie. Wciąż za mało jego. Którego znam ze słów i ze zdjęć, z rozmów bez obecności. Nie na wyciągnięcie ręki, lecz blisko. Jednak, mimo oddalenia, ciągle w pobliżu.

Szukam koloru skóry, szukam koloru włosów i oczu, szukam mężczyzny, który oddał siebie. Nie mnie.

O, jakie to trudne! Tropię półodcienie, kluczę między jednym spojrzeniem a drugim, wypatruję uśmiechu. O, jakie to trudne! Nie mąż, nie kochanek… Bliższy, niż wszyscy. Bliższy nawet ode mnie samej, której wciąż nie rozumiem. Bliski, jak twarz, w którą wpatruję się od wielu godzin. Co jakiś czas muszę odejść od obrazu. Na szczęście czekają cierpliwie.

– Ten kolor czy nie? Ten kształt czy nie ten? – pytają.

Mówię do nich, ale spojrzenie wraca do niego, jakby był tam jakiś niewidzialny magnez. To misjonarz, misjonarz…

– Franciszkanie też jeżdżą na misje? – dziwią się.

– To Orlando Bloom Magdalena – ktoś mówi ze śmiechem.

– Zjedz coś i napij się, bo pracujesz już kilka godzin bez przerwy. – Maria jak zwykle jest troskliwa, chociaż mruczę pod nosem niezbyt uprzejmie. Potem robi mi się przykro, że nie byłam wdzięczna.

– Nie trzeba… Nie chcę mi się pić, chcę malować.

Podglądają mnie ciekawie, patrzą jak mieszam ze sobą kolory, jak nakładam je na płótno.

– Gdybyś miała tylko opowiadać o malarstwie, nic byśmy nie zobaczyli. Teraz widać, o czym mówiłaś. Teraz widać.

Pędzle wędrują po płótnie. Szerokie czoło, raczej chłodne. Policzki ciepłe, okrągłe. Broda w zaroście. Cienki pędzel nie nadąża za tym. Cierpliwie powtarzam gesty, które mają stworzyć tą twarz, nie inną. Tysiące, setki pociągnięć pędzla. Farba przykrywa cicho biel płótna. Plama, za plamą, bez żadnego dźwięku. Instrument muzyczny, brzmiący ciszą. Jest cicho. Słychać sekundnik zegara, zawieszony w pracowni obok. Czas wciąż mija, chociaż nie na obrazie jego twarzy. Tam jest niezmienny. Jestem sama. Wszyscy poszli i zostawili mnie z nim. Ktoś położył obok mnie jabłko. Ktoś zrobił zieloną herbatę.

Wreszcie zostaję w ciszy jego obrazu. Ta cisza jest jak nowa pora roku. Wracam do tej ciszy, jak do modlitwy.

 

____________________________

  1. E-mail wysłany 16 maja 2012 roku przez Roberta Kozielskiego, OFM Conv. – misja w Kenii, Nairobi.
  2. Nowy Testament, Ewangelia według Św. Marka, Uzdrowienie niewidomego – Mk 8, 23
  3. Nowy Testament, Ewangelia według Św. Jana, Uzdrowienie niewidomego od urodzenia – J, 9, 8
  4. Nowy Testament, Ewangelia według Św. Marka, Uzdrowienie głuchoniemego – Mk 7, 33
  5. Arka Przymierza – opisana w Starym Testamencie. Obiekt, skrzynia z drzewa akacjowego, obita złotem. Czczona w szczególny sposób przez Izraelitów.
  6. Nowy Testament, Ewangelia według Św. Marka. Potrzeba czujności  – Mk 14, 35
  7. Stary Testament, Księga Habakuka, Dialog pomiędzy Prorokiem a Panem – Ha 1, 2
  8. Monstrancja (z łac. monstrare- pokazywać) – naczynie liturgiczne, służące do pokazywania konsekrowanej Hostii.
  9. Franciszkanie konwentualni mają w swojej regule przeprowadzki co cztery lata.

 

Proszę wszystkich ludzi dobrej woli o modlitwę za misjonarzy franciszkańskich, OFM Conv, pracujących w Kenii. Szczególnie proszę o modlitwę dla Roberta Kozielskiego. Każde słowo skierowane do Boga w tej intencji jest bezcennym darem. Nie bądźmy obojętni na cierpienie drugiego człowieka!

 

Magdalena Golon, maj 2012

Kapituła prowincjalna w Koszalinie

Czwarty dzień kapituły przyniós ł pierwsze głosowania. Wcześniej jednak bracia zebrani w Koszalinie wysłuchali sprawozdania sekretarzy grup z dyskusji z poprzedniego dnia. Następnie w kaplicy odbyło się zaprzysiężenie nowego Ministra Prowincjalnego o. Jana Maciejowskiego, którego wcześniej już bracia z prowincji wybrali w głosowaniu. Odśpiewano uroczyste Te Deum. Zaprzysiężenie przyjął Minister Generalny o. Marco Tasca – nowy Minister Prowincjalny przyrzekł uległość, szacunek i posłuszeństwo Generałowi Zakonu oraz zapewnił go o swej wierności. Po tym wszyscy bracia złożyli życzenia Prowincjałowi o. Janowi.

Kolejną częścią obrad był wybór Definitorium Prowincji oraz Zarządu Prowincji. Definitorami wybrani zostali bracia: Manswet Wardyn, Andrzej Lengenfeld, Bogdan Wroński, Piotr Matuszak, Wojciech Kulig oraz Leszek Łuczkanin.

Nowy Asystenci Prowincji – Wikariusz br. Wojciech Kulig; Sekretarz br. Leszek Łuczkanin; Ekonom br. Andrzej Lengenfeld.

za www.franciszkanie.gdansk.pl

„Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci”

„Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci”

 

Długi weekend ma to do siebie, że można pozwolić sobie na małe leniuchowanie i spędzić go leżąc do południa w łóżku. My jednak nie trzymając się tej zasady, postanowiliśmy 4 maja wstać skoro świt, aby pierwszą część dnia spędzić na kajakach.

Ciekawie było już od samego rana, gdyż część grupy czekała w innym miejscu niż to, w którym wcześniej się umówiliśmy. Na szczęście nienaganna kondycja fizyczna dziewczyn sprawiła, że nadrobiły swoje niedopatrzenie i tryumfalnie wbiegły do autobusu na minutę przed odjazdem.

Następnie, w pogodnych nastrojach udaliśmy się do pobliskiego Wróblewa, skąd mieliśmy rozpocząć spływ do Gdańska. Na miejscu, nieopodal uroczego kościółka, odebraliśmy kajaki i rozpoczęliśmy naszą przygodę. Początkowo panowała iście sielska atmosfera, świeciło słoneczko, twarz smagał lekki wiaterek, wszystko to sprawiało, że byliśmy we wspaniałych nastrojach, wiosłowaliśmy wesoło podziwiając piękno natury. Wszystko zmieniło się o 180 stopni w momencie, gdy zrobiliśmy przerwę na śniadanie i poranną modlitwę. Wówczas, nastąpiła gwałtowna zmiana pogody. Napłynęły czarne chmury i zaczął padać rzęsisty deszcz. Nie widząc innego wyjścia wciągnęliśmy kajaki na brzeg i rozpoczęliśmy poszukiwania kryjówki. Naszym oczom ukazał się pobliski kościół i w mgnieniu oka pojęliśmy, o co chodzi w powiedzeniu: „Jak trwoga to do Boga”, gdyż nie zastanawiając się za wiele, co sił pędziliśmy w jego kierunku. Niestety świątynia była zamknięta, ale postanowiliśmy schronić się pod dachem przed drzwiami wejściowymi, gdzie odmówiliśmy Jutrznię, wspominając jednocześnie św. Floriana, który zginął męczeńską śmiercią w nurtach rzeki Enns.

Być może wiedza o tym jak zakończył swój żywot św. Florian, ale też nieustępujący deszcz sprawiły, że część osób zaczęła wątpić, czy jest sens kontynuować spływ. Na szczęście nieugięta postawa reszty grupy sprawiła, że zdecydowaliśmy się płynąć dalej. Jak się okazało pogoda zaczęła się szybko poprawiać, a wraz z nią nasze nastroje. Ponownie we wspaniałej atmosferze, przyśpiewując radosne pieśni wiosłowaliśmy w stronę trójmiasta. Uwieńczeniem naszej kajakowej wyprawy było podziwianie starego miasta, które widziane z wody, okazało się jeszcze piękniejsze.

 

 

Po południu pojechaliśmy na wyspę Sobieszewską gdzie czekali na nas o. Piotr Pliszka i Małgosia, a co na tamten czas ważniejsze- garnek przepysznej gorącej zupy porowej z serem pleśniowym! Posileni wspólnymi siłami zabraliśmy się do pracy przygotowując Forsterówkę na przyjście Jezusa w ofierze Eucharystycznej. Jak się okazało z odpowiednimi ludźmi mycie okien, pranie firanek i zamiatanie ganku mogą być bardzo radosnymi czynnościami. Kiedy około 21 dawna siedziba hitlerowca została zamieniona w kaplicę pełną świec, kwiatów i trzaskającego w kominku ognia zgromadziliśmy się przy stole Eucharystycznym. Podczas kazania o. Piotr mówił o naszych Egiptach, grobach-  trwogach i lękach, które paraliżują naszą wiarę i zaburzają relację z Bogiem. Ojciec podkreślił, że musimy poddać się woli Ojca, zaufać mu, przestać tworzyć projekcje własnego życia, przyszłości, które jeśli nie zostaną zrealizowane stają się dla nas symbolem porażki, opuszczenia przez Stwórcę i powodem do żalu, gniewu czy rozpaczy. To szatan wsysa w nasze serca niepewność i zwątpienie i nie chce pozwolić abyśmy rzucili się w miłosierne ramiona Ojca, dla którego nie jesteśmy anonimowi, który nas kocha. Przecież nikt tak nas nie zna jak Bóg, więc komu innemu mielibyśmy zaufać? Po posileniu się Ciałem i Krwią Pańską nastąpiło wystawienie Najświętszego Sakramentu. Po chwili adoracji w ciszy i wspólnej modlitwie do Ducha Świętego dostaliśmy namacalny dowód Żywej obecności Boga wśród nas. Ojciec Piotr po prostu otworzył Pismo Święte i Pan przemówił… dał nam Słowo, które doskonale dopełniało i pogłębiało kazanie, co więcej dało odpowiedz na nasze intencje przedstawione podczas Eucharystii i odpowiadało na lęki, pragnienia, obawy, sprawy, z którymi musimy się zmierzyć. Żywe Słowo Boga, który kocha i Jest przy człowieku i mówi do Jego serca!

Adorowaliśmy Chrystusa przez całą noc, czuwając przy nim na zmianę, tak, aby każdy mógł osobiście pobyć na „audiencji” u Pana lub trochę się „zamyślić”. O poranku odmówiliśmy wspólnie Jutrznię i Godzinę Czytań, po czym przyszedł czas na pokarm dla ciała. Czy może być coś przyjemniejszego od jedzenia świeżych bułeczek z pachnąca kawa przy porannym śpiewie ptaków i wiosennym, bezchmurnym niebie? Nam więcej do szczęścia nie było potrzeba. Objedzeni i radośni poszliśmy na spacer na plażę, aby zaznać trochę ruchu, a kiedy już spaliliśmy odpowiednią ilość kalorii wspólnie próbowaliśmy odpowiedzieć na pytania, czym dla nas jest niebo, chrzest, na czym polega jedność Trójcy Świętej przy okazji poruszając wiele innych mniej lub bardziej istotnych kwestii. Po powrocie z plaży wspólnymi siłami udało nam się przygotować obiad- włoski makaron e pepe wg przepisu o. Gwardiana. Miłą niespodzianką była obecność na obiedzie konserwatorów zabytków, z którymi bardzo miło nam się rozmawiało nie tylko o historii Forsterówki i wartości kulturowej tego miejsca. Oczywiście nie mogło się też obyć bez popołudniowej drzemki pod wiosenną chmurką.

Chwilę przed zmrokiem przygotowaliśmy Eucharystię. Podczas kazania ojciec Piotr zwrócił naszą uwagę, że bardzo łatwo jest popaść w pychę, uważając się za bardziej wierzącego od innych, ludzi „tego świata”, ulec pokusie sądzenia i samozadowolenia. Istnieje także pokusa bycia wyłącznie afektywnym, emocjonalnym w życiu wspólnoty, budowania na relacjach, podczas gdy istotą powinno być tworzenie relacji życia, z naszą przeszłością i przyszłością, na Bogu, w szczerości doświadczeń wobec ludzi. Sama obecność przy Jezusie nie wystarczy. Nawet apostołowie, mimo, że osobowo doświadczyli Jezusa nie poznali Ojca i zwątpili w godzinie męki. Doskonałym przykładem jest postawa Maryi w relacji do Jezusem, w którym widziała Boga, a jednocześnie kochała Go jak syna i trwała przy nim. Po zakończeniu Eucharystii przyszedł czas na sprzątanie i pakowanie przed odjazdem. Ale zanim rozjechaliśmy się do domów spędziliśmy kilka bardzo ważnych godzin przy ognisku rozmawiając i tworząc wspólnotę.

Wiele można by jeszcze powiedzieć o tych krótkich dwóch dniach, o słowach, które padły i zapadły w nas głęboko, dyskusjach, pytaniach, wątpliwościach, wzruszeniach czy poruszeniach serca, które nastąpiły. Ale to zostawimy dla nas. Niech po przeczytaniu tych paru zdań pozostanie w odbiorcy drobny niedosyt. Miejmy nadzieję, że to sprowokuje inne wspólnoty do wyjazdu na wyspę Sobieszewską, a co ważniejsze, że spotkanie ze Zmartwychwstałym Jezusem, w którym mieliśmy zaszczyt uczestniczyć, zaowocuje nawróceniem w naszym życiu.

 

Adam i Gosia

Ndugu, brat

Ndugu, brat

„Nie będzie sądził z pozorów

ni wyrokował według pogłosek (…)”

Iz  11, 3

 

Budzę się o drugiej w nocy i szukam swojej ręki. Nie mam jej, bo jej nie czuję. Wygięła się dziwnie, przyciśnięta ciężarem mojego ciała. Teraz jest martwa. Leży bezwładnie obok, jak nieudany przeszczep. Moja wyobcowana tkanka. Od razu przychodzą mi do głowy słowa Pisma – „Jeśli twoja ręka jest dla ciebie… odetnij ją, jeśli twoja noga jest dla ciebie… odetnij ją.” Boże, co jeszcze mogę dla Ciebie zrobić? Dotykam drugą, żywą ręką, obcego nagle ciała. Rozchylam własne palce i naciskam nadgarstek. Z ulgą wyczuwam jak wraca krążenie. Dłoń pulsuje napływającą krwią. Czuję przyjemne ciepło i mrowienie. Ręka ożywa wreszcie, niczym cudownie uzdrowiona kończyna trędowatego. Siadam na łóżku, już nie chcę mi się spać. Mam ochotę wyjść z domu i właśnie to robię.

Wciągam głęboko powietrze do płuc. Wilgotna, ciepła noc łaskocze mnie w nozdrza. Wszystko jest w tym zapachu. Mieszanina wonności i odoru. Raz zachwyca, to znowu dławi. Kontrasty tak głębokie, jak pęknięta do dna ziemia. Wyrasta z niej kwitnące drzewo. I wpada w nią martwe dziecko. Chłopczyk. Wilgotne, czarne włosy w kędziorach, przyklejone są do pięknej, okrągłej głowy. Buzia niemalże z uśmiechem, delikatna i pulchna rączka włożona do ust, okrągły brzuszek. Cały nagi, dobrze zbudowany bobas. Jak z obrazka. Wydaje się, że zaraz zawoła do mnie, wyciągnie swoje śliczne rączki i powie – „daj”! Wtedy ja wyciągnę do niego rękę pełną chleba. Zaraz, ale co to? Wokół niego piętrzy się sterta śmieci. Butelki, puszki, siatki, kartony. Z jakiegoś powodu ten chłopiec leży wtulony w stertę śmieci. On nie żyje! Ktoś wyrzucił dziecko, bo nie zdążył go sobie wyskrobać. Chyba zaraz zwymiotuję. Nabieram jeszcze raz powietrza, głęboki haust, jeszcze jeden… Staram się wywęszyć zapach życia, pośród rumowiska ludzkiej biedy.

Otwieram drzwi do kościoła. Zapalam światło. Siadam w ławce i patrzę przed siebie. Cisza wypełnia mnie do dna serca. Jestem glinianym naczyniem, które On trzyma w rękach. Gdyby mnie upuścił… Naczynie spada i uderza o kamienną podłogę, słychać trzask. Tysiące kawałków, których nie mogę dopasować ,leży chaotycznie u Jego stóp. Nie podoba mi się ten widok. Jest nieprawdziwy. Wiem, że to nie On. To nie tak. Szukam gwałtownie w wyobraźni czegoś innego. Czegoś, co zmaże tamten poprzedni, nieprzyjemny, mroczny obraz. I kiedy tak siedzę sam, w pustym kościele i trwam na modlitwie, przychodzi coś wprost kapitalnego! Coś czego nigdy bym nie wymyślił, ot, tak sobie, dłubiąc w zębach wykałaczką. Nie mam wątpliwości, że to niesamowity prezent. Bo oto rozumiem nagle, że On trzyma to naczynie cały czas. Bez przerwy je niesie i nigdy nie odkłada na bok. Czuję jak serce zaczyna mi rosnąć. Patrzę na Tabernakulum i uśmiecham się. Przecież to naczynie, to są Jego dłonie! Nie mogą upaść i rozbić się, jak jakiś kubek z Ikei. Dłonie Jezusa ułożone są w kształt naczynia. Widzę to nagle bardzo wyraźnie, oczyma serca. Złożone na kształt owalnej misy. W środku jest woda, która gasi pragnienie. Jestem tym naczyniem, jestem Jego rękami.

Ta myśl tak mnie uradowała, że od razu czuję się lepiej! Próbuję nawet zanucić jakąś melodię, albo przynajmniej wyklaskać rytm dłońmi. Jednak noc rządzi się swoimi prawami, więc uspokajam się nieco, i dalej patrzę przed siebie.

Cały świat wydaje się taki wielki. Napełniony milionami zdarzeń, miliardami istnień. A ja jestem mniejszy od kolibra. Robercik w przepastnym buszu ludzkich pragnień i tęsknot. Gdzie każdy człowiek jest Jego drzewem. Wszyscy razem są jak ogromny, splątany, kenijski Park Tsavo. Wędruję drogą, którą wytyczył On. Szlak prowadzi mnie między drzewami. Rosną tu baobaby pełne pretensji. Kolczaste akacje złości, araki niechęci. Drzewa parówkowe obwieszone mdłymi owocami pożądliwości. Idę sam. Wybrałem życie w samotności. Nie mam żony, ani dzieci. Nie mam także kochanki. Hehehehe… Cieszę się z tego, chociaż noc zaskakuje mnie nieraz. Opada na mnie kaptur złowrogiej ciemności. Niczym masajski wojownik, idę na spotkanie z przeznaczeniem. Wiem, że patrzy na mnie uważnie. Marszczy groźnie wargi i pokazuje kły. Krąży wokół mnie, jak lew gotowy do skoku. Zatacza coraz mniejsze kręgi. Za moment rzuci się na mnie i przygniecie swoim ciężarem. Jego zawsze głodne szczęki będą szukać ciepłego mięsa strachu, niepokoju, buntu, aby ogłosić światu, że nie jestem jednak dojrzałym mężczyzną. Że przegrałem z własnymi słabościami.

Patrzę na Jezusa zawieszonego na drzewie. Umęczone ciało tak mocno wrosło w pień, że nie można już rozdzielić. Zranione drzewo spłynęło obficie żywicą. Doskonałe zespolenie, jedno nie istnieje bez drugiego. Rozglądam się wokoło, szukając swojego lwa, z którym mógłbym się mocować. Cisza wypełnia mnie, aż do najgłębszych ciemności mojego serca. Siedzę w pustym kościele i oczekuję spotkania z Nim. Moje wnętrze staje się przestronne, niczym lej krateru. Ogień trawi mnie od środka. Zaraz wybuchnę jak wulkan. Wstaję szybko, jakby ktoś pociągnął mnie za rękę. Podchodzę do ambony. Leży tam Pismo Święte. Biorę je w ręce. Na okładce widnieją tłoczone litery. Czuję je pod palcami. Są tak wyraźne, jak alfabet Braille’a dla niewidomego. Jak klawisze fortepianu, na którym można zagrać. Byle tylko grać, byle słuchać tego brzmienia. Składać i rozkładać litery, jak muzyk składa nuty. Nasłuchiwać, czy nie ma fałszu. Czy interpretacja brzmi czysto. Czy dociera do widowni, która licznie się zebrała, ku mojemu zaskoczeniu. I grać! Grać muzykę słów.

Czy Chopin mógłby zagrać na fortepianie proroka Izajasza? Nowa myśl rozbłyska nagle, jak fajerwerk, pośród wielu znanych odpowiedzi. Zaskakuje nawet mnie samego. Bo oto, zamiast nut, na wypolerowanej podstawce instrumentu, leżą słowa Pisma. Geniusz pochyla się nad nimi. W ekstazie odczytuje wartości słów- nut. Jego włosy są w szalonym nieładzie. Profil wycina się, jakoś wyjątkowo tragicznie, na tle uniesionej pokrywy fortepianu. Pomimo chorobliwej bladości, wydaje się, że za chwilę skona z przejęcia, jego palce bębnią po klawiszach z ogromną siłą. Jak dzikie zwierzęta gonią słowa proroka. Natchniony tropi natchnionego. Tak lew mógłby gonić swoją ofiarę, aby przekonać się jak smakuje.

Jednak zamiast bladego Chopina, na fortepianie gra właśnie młody Kenijczyk. Czarny jak heban i energiczny jak Salomon. Zdaje się, że zaszła tu jakaś pomyłka. To przecież nie może być muzyk! To biegacz, maratończyk. Kiedy dobrze mu się przyjrzeć, przypomina nawet Paula Tergata.  Jednak okazuje się, bez dwóch zdań, że to muzyk. W dodatku bardzo utalentowany, który kocha Chopina. Kiedy siada do fortepianu, ten wchłania go całego. Bo przecież kolor tego muzyka i tego instrumentu jest ten sam. Widać tylko biały kołnierzyk i końcówki mankietów. Cała reszta tonie w jakiejś przepastnej, aksamitnej czerni, rozbrzmiewającej narodowym, klasycznym utworem „Życzenie.” Po chwili, wśród burzy oklasków, zaczyna grać Polski Hymn Narodowy, czym zupełnie mnie oszałamia.

Siedzę zasłuchany w muzykę Kenijczyka, który gra Chopina jak wirtuoz. Zastanawiam się poważnie czy to on jest patriotą, czy to ja nim jestem. Podejrzenie że patriotą jest on, bardziej niż ja, doskwiera mi dziwnie. Jak kamyk w bucie maratończyka, i to tuż przed metą. Próbuję przypomnieć sobie treść całego Hymnu Narodowego, kiedy koncert dawno już się skończył. Wspomnienia jednak wracają, a ja wciąż stoję przy ambonie. W pustym kościele. Trzymam mocno Pismo Święte, palce wirtuoza odnajdują znajome litery. Za chwilę zabrzmi genialna muzyka! Panie, panowie, słuchajcie!

Patrzę na puste ławki. Jutro z samego rana będą w nich siedzieć ludzie. Otwieram Biblię i czytam wersy z Księgi Izajasza : „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew paść się będą społem i mały chłopiec będzie je poganiał (…)”  Mam wielką ochotę czytać na głos. Właśnie teraz, w środku nocy. To nic, że jestem sam. Niech słowa wybrzmią, niech będą jak światła na drodze.

Dokładnie w chwili, gdy otwieram usta, drzwi kościoła otwierają się. Wchodzi Kamau, nasz strażnik. Cieszę się, że znowu jest z nami. Niedawno wyszedł ze szpitala. Rany na głowie szybko się zagoiły. Szwów prawie nie widać.

– Ndugu, co robisz? Zapaliłeś światło. Ja przyszedłem zobaczyć.  – Kamau patrzy na mnie i jest nieco poirytowany. Kościoła nie otwiera się w środku nocy, kiedy wszyscy śpią – Ndugu Robert, Ty nie możesz spać?

– Usiądź Kamau. Chcę ci coś powiedzieć –  on siada w ostatniej ławce i jest bardzo zdziwiony. Jego spojrzenie wyraża tak wiele! Cieszę się jak dziecko, że przyszedł. Jest nas teraz dwóch w kościele. Czytam głośno Izajasza: „Wtedy wilk zamieszka wraz z barankiem, pantera z koźlęciem razem leżeć będą, cielę i lew…” Słowa proroka wychodzą z moich ust. Wędrują nocnym szlakiem robaczków świętojańskich, ode mnie do Kamau, i rozświetlają ciemności. Widzę jak siadają mu na ramionach, na głowie, na rękach.

– Kiedy Ndugu? – jego mocny głos sprowadza mnie na ziemię. Patrzy na mnie smutno, przenikliwie. Zamykam Pismo Święte i podchodzę do niego.

– Posuń się trochę, chcę tu usiąść – mówię cicho. Jego oczy utkwione są we mnie. Wygląda tak, jakby miał zaraz zapłakać.

– Kiedy? – pyta znowu.

Spoglądam na niego z troską. Łzy płyną mu po twarzy. Kamau płacze. Myślę, że to dobry, uzdrawiający płacz, z głębi zranionego serca.

– Kamau, On jest z nami. Wierzysz? – mówię cicho.

– Tak, wierzę.

 

Magdalena Golon, maj 2012

Wafso Robercik

Wafso Robercik

 

 ogrodnik

zasadzę twoje serce

w ziemi żyznej

i będę patrzył jak wschodzisz

będę podlewał

i pielił

będę cię chronił

 

magdalena golon

 

Zostajemy w wiosce Masajów. Dzień pełen wrażeń minął. Rozpoczyna się kolejna, niezwykła noc w Afryce. Mężczyźni właśnie zamykają ogrodzenie zrobione z kolczastych gałęzi akacji. Dzięki temu bydło i kozy są bezpieczne. Otacza nas gęsty, splątany pierścień krzewów, który skutecznie chroni przed drapieżnikami. Wchodzimy do chaty udostępnionej nam przez gospodarzy. Niewielkie pomieszczenie jest pełne dymu. Szczypie nas w oczy i kręci w nosie. Unosi się ponad naszymi głowami, chociaż ogień już wygaszony. Każdego dnia kobiety podgrzewają wodę i przygotowują posiłki na paleniskach, wewnątrz swoich chat. Wydobywa się z nich gęsty dym, który płoszy nieproszonych gości. Są nimi oczywiście owady, ale także węże i skorpiony. Niestety, drażni także nasze spojówki.  Wielu Masajów z tego powodu ma problemy ze wzrokiem.

Ktoś przygotował nam posłania. Bydlęce skóry rozesłane są bezpośrednio na ziemi. Rozglądamy się wokoło z zaciekawieniem. Pomieszczenie jest ubogie, ale schludne. Pozbawione wygód. W przedmiotach codziennego użytku nie ma przesady ani mody. Niespotykana prostota działa na nas kojąco. Jak balsam na zmęczone zmysły. Kładziemy się na podłodze i podziwiamy fantazję naszych gospodarzy. To dopiero Grand Hotel! Nie zamieniłbym się nawet na wannę z jacuzzi i bąbelki różowego szampana. Ekstrawagancja architekta sięga tutaj gwiazd. Mrugają do nas zalotnie spomiędzy patyków położonych luźno na dachu. Ściany z czerwonej gliny i krowiego łajna wyprzedzają o lata świetlne najlepszy stiuk wenecki. Tym bardziej, że jest i naturalna klimatyzacja w postaci fantazyjnych spękań i załamań w ścianach. Dzięki temu do naszych uszu swobodnie dochodzą przeróżne dźwięki. Aktywne w ciemnościach zwierzęta dopiero teraz się budzą. Lamparty, lwy, hieny wyruszają na łowy. Ich charakterystyczne stękania, porykiwania i warkoty niosą się po całej okolicy. Antylopy dik-dik, przedzierając się przez suche zarośla, biegną truchtem na pastwiska sawanny. Ptaki nawołują się głośno. Ich krzyki wyróżniają się na tle nocnych szeptów. Skorpiony, pluskwy i węże po cichu wychodzą ze swoich kryjówek…

Na szczęście mamy moskitiery, które wieszamy wysoko pod sufitem. Opadający materiał wygląda jak baldachim nad łożem jakiegoś wytwornego szejka. Spływa w dół kaskadami fałd prosto na nas. Patrzę w stronę, gdzie  powinien być Jerzy, i wytężam wzrok. Jego nieprawdopodobnie długa sylwetka znika w gęstym tiulu. Nasze dwa zwoje wyglądają zupełnie jak z filmowej klasyki since fiction. Gigantyczna wylęgarnia rzadkich gatunków. Obcy w Afryce… Zasadnicza różnica między filmem, a rzeczywistością polega na tym, że my odradzamy się jako gatunek nieszkodliwy, a nawet pożyteczny! Owijamy się więc szczelnie w gęstą siatkę uczepioną sufitu i otwieramy nasze laptopy. Zadziwiające! Jak wiele rzeczy robimy jednocześnie. Nie marnujemy przy tym czasu. Daję od razu nura w portal społecznościowy. Facebook nie jest żadnym cudownym wynalazkiem, ale bardzo pomaga w kontaktach z ludźmi. Na mojej tablicy zamieszczam ciekawe informacje, zdjęcia i filmy. Nie za często. Nie chcę być wciąż na tapecie, jak jakiś domorosły gwiazdor. Wystarczy raz na dwa, trzy dni, wkleić coś wyjątkowego. Coś, co ich obudzi…

Spoglądam w internetowy kalendarz. Dzisiaj jest pierwszy kwiecień. W Polsce prima aprilis. Trzeba się przygotować na niewybredny żart. Patrzę na zdjęcia profilowe znajomych. Naliczyłem ich 355. Sprawdzam najpierw wiadomości i swoją tablicę. W samą porę! Pod moim profilem, o zgrozo, ktoś zamontował film erotyczny. Wygląda to tak, jakbym to ja go umieścił. Bardzo możliwe, że obleciał kilka kontynentów w przeciągu pięciu minut. Za chwilę kogoś to bardzo zainspiruje. Pikantny zestaw – „zakonnik i erotyka”  to gratka dla niejednego grafomana. Działa na niektórych podobnie jak drink „krwawa Mary”. Jutro, w porannej gazecie, będziecie mogli przeczytać gorący fakt: „Gołe cycki i orgia w wiosce. Czyli cała prawda o misjonarzach.” To dopiero tandeta! Wyrzucam szybko badziewie i piszę parę słów wyjaśnienia. Chętnie dorwałbym gnojka i… Niebywałe, że niektórzy wciąż tracą czas na głupoty!

Dokładnie w chwili, gdy uporałem się z bałaganem na Facebooku, na mojej tablicy pojawia się taki oto komunikat:

„Jestem artystką. Chcę pomóc. Jest coś, co mogę zrobić dla misji w Kenii?”  Magdalena

Nie mam pojęcia kim jest Magdalena. Mam zamiar ostudzić jej zapały, gdyby przypadkiem miała ochotę na randkę z zakonnikiem. Z babami nigdy nic nie wiadomo! Zobaczyła erotyk pod moim profilem i od razu trele morele. Super! Ktoś zrobił mi niedźwiedzią przysługę. Zaraz ją spławię. Najlepiej będzie pomylić jej imię. Niech będzie na przykład… Gosia! Tego nie lubi żadna kobieta.

„A ja jestem misjonarzem i nie żartuję nawet w prima aprilis Gosiu.”  Wafso Robercik

„???”  Magdalena

„Słuchaj Gosiu, kobiety to nie moja specjalność.” Wafso Robercik

„Nie szkodzi Mariusz! Widzisz, bardzo dobrze się składa, bo zwykle faceci okropnie mnie nudzą.” Magdalena

W tym miejscu biorę nieco głębszy oddech. Czego ona chce?

„???…Czemu mówisz do mnie Mariusz? Dziwne, ale mój brat ma tak na imię.” Wafso Robercik

„Czemu mówisz do mnie Gosia? Lubisz to imię? Jak chcesz mogę być Gosia. ” Magdalena

Oj, czas zmykać! Dziewczyna jest rozgadana i łatwo jej nie spławię. Postanawiam zakończyć rozmowę, kiedy nagle pojawia się światło. Krąży nade mną niczym zagubiona gwiazda. Mam wrażenie, że spadnie mi na głowę.

– Jerzy! – krzyknąłem. – Co to jest? Tam się świeci!

Kokon Jerzego zaczyna energicznie falować, po chwili słyszę głos:

– Robert, to jest świetlik. Taki robaczek. To ty jeszcze nie widziałeś świetlika?

– Robaczek świętojański! – cieszę się, jakbym widział lecącą gwiazdę. – Wypowiem życzenie i ono się spełni! Nie wiem co we mnie wstąpiło. Czuję się jak kiedyś, jak w dzieciństwie. Beztrosko rozmarzony…

– Lepiej się pomódl – głos rozsądku jest głosem Jerzego. – On słyszy.

Świetlik tymczasem pikuje prosto na mnie. Dym z paleniska wyraźnie go oszołomił. Robi niezdarnego fikołka i spada na moją klawiaturę. Jego odwłok ciągle się świeci. Myślę życzenie:

–  Dom dla kobiet z wirusem HIV, laboratorium do badań krwi…

Patrzę na mojego laptopa. Przypomina lampę świecącą w ciemności. Robaczek tymczasem przemierza trasę od R do M na przełaj po klawiaturze. Patrzę na niego przez chwilę. Postanawiam jednak odpisać:

„A co ty tam z tą pomocą? Nudzi ci się?” Wafso Robercik

„Może rzeźba albo portret? Albo co…?” Magdalena

„Co? Rzeźba? Ale tu Kenia, a ty w Polsce!” Wafso Robercik

„Odległością się przejmujesz Robercik?” Magdalena

„Misjonarz niczym się nie przejmuje, zapamiętaj to dobrze Gosiu.” Wafso Robercik

„To jak będzie?” Magdalena

„No dobra, niech będzie ta rzeźba. Jak już musisz…” Wafso Robercik

 

– Jerzy, śpisz? – zapytałem, kiedy już zamknąłem komputer. Cisza… Braciszek najwyraźniej zasnął kamiennym snem. Po krótkiej chwili i ja odpływam w nieznane.      

 

***

Budzi nas klekotanie kołatek zawieszonych na szyjach krów. Masajowie wyruszają na wypas bydła. Stada nie są duże, ale robią dużo hałasu. Głośne okrzyki mężczyzn mają pobudzić krowy do marszu. Budzą także mnie. Wygląda na to, że idą tuż obok chaty. Patrzę przez zwoje moskitiery. Jerzy jeszcze śpi. Jego kokon jest nieruchomy. Słyszę krzątaninę kobiet i głosy dzieci. Chcę do nich dołączyć. Wstaję po cichu, żeby nie obudzić Jerzego i wychodzę od razu na zewnątrz. W oddali widzę mężczyzn popędzających bydło. Niedaleko mnie bawią się chłopcy. Biegają z patykami jak z najlepszą zabawką. Ich twarze są roześmiane. Wyglądają jakby nie znali nudy. Przypominam sobie bogate i smutne dzieci z Polski. Znużone  wymyślnymi zabawkami. Te tutaj cieszą się z koślawego patyka. Dobra zabawa to przecież kwestia fantazji, nie pieniędzy. Z radością stwierdzam, że tego pierwszego na pewno im nie brakuje. Patyk raz jest wędką, to znowu batem, którym pogania się stada niesfornych krów. Może być też dzidą albo wypuszczoną z łuku strzałą. Wiele się dzieje w dziecięcej wyobraźni.

Siadam pod drzewem akacji i staram się nie zwracać na siebie uwagi. Z przyjemnością obserwuję ich proste życie. Codzienne, rutynowe zwyczaje. Niektóre kobiety zabierają się za pranie, inne przygotowują posiłek. Ich sylwetki poruszają się lekko, tanecznie. Jedna z kobiet, ta, której bardzo spodobał się różaniec, kiwa do mnie znacząco. Pokazuje błyszczące paciorki. To znak dla mnie, że nie nosi ich na szyi, jak korale. Widzę, że trzyma je w ręce, a po chwili z uśmiechem przykłada do ust. Modlitwa jest jak pokarm dla głodnego  – to jedyne co przychodzi mi teraz do głowy. Patrzę na nią i uśmiecham się, a ona wraca do rozpoczętej pracy. Za chwilę przynosi mi posiłek. Mleko z pyłem drzewnym i świeżo upuszczoną, bydlęcą krwią. Piję powoli, nie spieszę się. Czekam na Jerzego. Nie lubię jeść sam. Wspólny posiłek to ważne wydarzenie w ciągu dnia. Po chwili Jerzy dołącza do mnie i zaczynamy modlitwę. Mleko smakuje wspaniale pomimo oryginalnych dodatków. Pył drzewny pozwala zachować smak i świeżość. Krew wzmacnia i dodaje sił, oraz zaspokaja pragnienie. Woda nie płynie tutaj z kranu, jak w wygodnym M3. W Polsce( w niektórych rejonach) czernina, czyli tradycyjna zupa ze świeżo upuszczonej krwi kaczki, do dzisiaj jest przysmakiem.

 

Po śniadaniu robimy sobie kilka sympatycznych fotek z kozami w tle. Skubią w oddali skąpą trawę i potrząsają głowami. Jerzy robi zdjęcia a ja, wraz z kilkoma Masajkami, pozuję niczym do rodzinnego zdjęcia.

–    Robert, ściśnijcie się bardziej, bo wypadacie mi z kadru. Dzieciaki do przodu! –  Jerzy jest poważnie przejęty rolą fotografa. Po chwili kuca śmiesznie, żeby dobrze nas objąć. Jest bardzo wysoki i szczupły. Zwykle wyższy o głowę od wszystkich wokoło. Żyrafa ponad stadami bawołów. Ja jestem lwem, gwoli ścisłości. Hehehehe…

Niezła z nas drużyna, swoją drogą.

 

Jest jeszcze wcześnie rano. Dobra pora, żeby wracać. Zaraz po śniadaniu żegnamy się i jedziemy do Nairobi.

 

***

 

Patrzę w górę i zastanawiam się, czy drabina jest dobrze rozstawiona. Pani Basia maluje kolejną stację drogi krzyżowej. W każdej z nich widać postać Świętego Franciszka. Idzie krok w krok za Chrystusem.

Trzymając pędzle w jednej ręce, a paletę z farbami w drugiej, tłumaczy:

– Franciszek jest jak Weronika, troskliwy i delikatny. O, a tam, proszę zobaczyć, jest jak Szymon Cyrenejczyk, silny i pomocny – pani Basia przypomina koncepcję malowideł ściennych. Kiedy przyszła do naszej misji z projektem, spodobała mi się bardzo postać Franciszka. Uznałem, że to bardzo dobry pomysł – Franciszek jako towarzysz cierpień swojego Mistrza. Przecież tak właśnie było naprawdę!

Spoglądam wciąż w górę i kiwam głową. Rozumiem co mówi pani Basia, chociaż jej głos dobiega do mnie z daleka. Postanawiam już jej nie przeszkadzać. Idę na spacer po naszym nowym kościele. Mijam ławki, są długie i mają przyjemny, ciepły kolor. Zostały zrobione z naturalnego drewna i pomalowane bezbarwnym lakierem. Podchodzę do Ołtarza. Jest zrobiony z brązowego kamienia. Brąz rozjaśniają delikatne plamki rozsiane po całym kamieniu. Świece stojące na Ołtarzu są białe i proste. Lubię na nie patrzeć. Szczególnie, gdy palą się jasnym, równym płomieniem. Dotykam ręką Ołtarza i patrzę na Tabernakulum. Chcę podziękować Bogu za moje powołanie i robię to. Stoję przez chwilę nieruchomo i wypowiadam w duchu słowa podziękowania.

Nasz kościół nie jest bardzo duży, ale za to bardzo przytulny. Wszystkie ściany mają ładny, słoneczny odcień. Malowidła pani Basi wprowadzają do wnętrza subtelny kolor i ruch. Zróżnicowane pod względem wzrostu sylwetki, z niezwykłą mimiką twarzy i żywą ekspresją dłoni, tworzą wspaniały fryz. Powtarzające się rytmicznie postaci Jezusa i Franciszka spajają całą kompozycję. Dzięki temu jest ona czytelna i jasna w odbiorze. Nie ma wątpliwości, że to droga krzyżowa.

Idę powoli, wzdłuż malowideł. Bardzo mi się podobają. Nawet z oddalenia widzę dobrze wszystkie postaci.

Wołam znowu do pani Basi, czy wszystko w porządku. Mam wrażenie, że mój głos niesie się przez cały kościół, aby potem wrócić do mnie, jak echo. Kościoły mają specyficzną akustykę. Stare kościoły średniowieczne brzmią zupełnie inaczej niż nowoczesne. Nasz kościół jest nowoczesny. Niektórzy uważają, że budowle z zamierzchłych epok są lepsze i piękniejsze niż te nowe. Nie zgadzam się z tym. Nasz kościół jest najpiękniejszy na świecie! Oczywiście i tak najważniejsi są ludzie. Ich uśmiechnięte twarze są cudownym wystrojem wnętrza. Piękno ceremonii nie zależy przecież od stylu architektury, ale od wspólnoty. Po prostu zależy od nas samych. To nasze wnętrza mają być pięknie przyozdobione na przyjście Zbawiciela. Kościół ma nam o tym przypominać. Kiedy wnętrze kościoła jest piękne, wtedy łatwiej dziękować Bogu za to, co stwarza. Piękno zależy bowiem od Niego, od Boga. I od nas, czy je zauważymy i docenimy. To Jego mamy szukać. Nie warto przy tym przywiązywać się do jakiejś konkretnej stylistyki. Wnętrze ma być nie tyle „stylowe”, co wypełnione Jego obecnością. Czy góry nie są najpiękniejszą Katedrą? Szczyty Tatr niczym strzeliste wieże, po których wspina się słońce… Rozmarzyłem się. Prawie zderzam się z drabiną.

–  Pani Basiu, była pani w Zakopanem, w Tatrach?

– O tak! Bardzo lubimy z mężem chodzić po górach. Od kiedy jesteśmy tutaj, w Tanzanii, ciągle wyruszamy na piesze wędrówki… Jednak tutejsze krajobrazy to zupełnie coś innego.

– To prawda, zupełnie inne wrażenia – przytakuję. Przyglądam się znowu malowidłom. Cieszę się, że wszystko jest już prawie gotowe. Jednak wolę się upewnić.

-Zdąży pani? Byłoby wspaniale pokazać ludziom wszystkie malowidła już w najbliższą niedzielę! – jestem podekscytowany. Bardzo mi zależy, żeby wszystko poszło dobrze. W tą niedzielę będziemy świętować uroczyste otwarcie naszego nowego kościoła. Dla ludzi to będzie radosne przeżycie. Dobra okazja do rodzinnych spotkań, które tutaj, w Nairobi, są bardzo ważne.

Pani Basia macha do mnie pędzlem.

– Jak nie będziesz mi przeszkadzał boetjie*, to zdążę…  – jej śmiech niesie się po kościele. – Idź już sobie.

– Już sobie idę – zgadzam się potulnie, bo widzę, że ma jeszcze sporo pracy. Będzie tu pewnie do północy albo i dłużej.

Powiedziała do mnie boetjie to znaczy braciszek. Uśmiecham się do siebie. Nabieram dziwnej pewności, że niedziela będzie cudownym dniem. Nasz nowy kościół zostanie wreszcie uroczyście otwarty.

I rzeczywiście, nie mylę się.

_______________

 

*Afrikaans: w wolnym tłumaczeniu braciszek, kumpel.

 

***

 

Wreszcie nadszedł ten dzień! Upragniona niedziela. Nasz kościół jest otwarty. Ludzie przychodzą tłumnie. Widzę całe rodziny i dużo, dużo dzieci. Maluchy biegają zaraz przed wejściem do kościoła i robią straszne zamieszanie. Nikomu jednak to nie przeszkadza. Radość mnie rozpiera, zdaje mi się, że za chwilę zacznę się głośno śmiać. Hehehehehe! Nasz kościół jest otwarty! Robię dzieciakom super niespodziankę. Wyciągam siatkę ze słodyczami. To wyjątkowa okazja, bo zwykle cukierki dostają dopiero po Mszy Świętej i nie zawsze wystarcza dla wszystkich. Dzisiaj jest inaczej. Musi wystarczyć dla każdego! Od razu ustawia się do mnie kolejka z zakręconym „ogonkiem” roześmianych dzieciaków. Każdy chce dostać coś dobrego! Kiedy już wszystkie brzdące mają cukierki, wchodzę do kościoła.

Trzeba ubrać habit i przygotować się do ceremonii. W wirydarzu staję nagle jak wryty. Nie mogę wprost uwierzyć w to, co widzę. Na aloesie, który właśnie zakwitł, siedzi niewielki, bajecznie kolorowy ptak i spija nektar. Obrazek zupełnie jak z ilustrowanej bajki dla dzieci. Pióra ptaka są tak kolorowe, jakby się wykąpał w tęczy. To pewnie koliber, którego zwabił aż tutaj zapach kwiatu. Stoję długo nieruchomo, żeby go nie spłoszyć. Wpatruję się w ptaka z zachwytem. Jak się tutaj dostał? Nie bał się tu przylecieć…

Cieszę się bardzo tym widokiem. Przyjmuję to spotkanie jak błogosławieństwo, jak uśmiech Boga, jak dobry znak. Co za radość!

Kiedy wychodzę z wirydarza, widzę ludzi tłumnie oglądających obrazy drogi krzyżowej. Wszystkim podoba się pomysł ze Świętym Franciszkiem w tle. Patrzę na nich i jestem bardzo, bardzo szczęśliwy… Tak bardzo, że zapominam o wszystkich troskach. Ten dzień jest cudowną nagrodą za ciężką pracę.

Za wszystko, co było cierpieniem, bólem, smutkiem…

 

***

 

Wieczorem siadam przed telewizorem. Cóż, nawet misjonarz czasem patrzy w pudełko pełne wszystkiego i niczego. Reklama proszku Vizir (od wizji lśniącej niczym blask jutrzenki) oślepia mnie nagością wątłych pośladków w zaskakująco dużym zbliżeniu. Czym prędzej zakrywam twarz dłońmi… Jednak przez rozchylone palce widzę, że trzeba najpierw bardzo się pobrudzić, żeby potem doskonale wyprać. A tak poważnie, to myślę, że modelki karmią samym tylko kawiorem. Reszta to woda Vichy i głębokie oddechy. Koniecznie z czakrą otwartą na „kosmiczną otchłań”…

Ziewam szeroko i czekam na puentę. Pojawia się gigantyczna cena proszku, po czym nagle znika. Mój stary telewizor jaśnieje teraz wszystkimi kolorami, jak wielki sklepowy neon. Wreszcie zaczęły się wiadomości. Widzę wysadzony w powietrze kościół w Nairobi. W ścianie zieje dziura, gruz leży bezwładnie wokoło. Ludzie są przerażeni, ich ciała poranione, zwęglone. Kolejny napad Somalijczyków z Al – Kaidy.

Patrzę długo przez okno na nasz nowy kościół. Wygląda bardzo pięknie w blasku księżyca. Sylweta niskiego dachu wycina się wyraźnie na tle granatowego nieba.

Wyłączam telewizor i idę spać.

 

 

Magdalena Golon, kwiecień 2012